DOCUMENT_ID // Drugi Polak w kosmosie i winda na orbitę: Czy rzeczywistość dogoni moją powieść?

Czy podróż na orbitę stanie się kiedyś rutyną? Dzisiejszy lot Polaka na ISS to dopiero początek drogi. Zobacz relację ze startu i zanurz się w literackiej wizji przyszłości, gdzie kosmos jest na wyciągnięcie ręki.

Drugi Polak w kosmosie i winda na orbitę: Czy rzeczywistość dogoni moją powieść?

Czy słowa "Drogie Polki, drodzy Polacy, dziś robimy ogromny krok w stronę przyszłości technologicznej Polski. Polski opartej na nauce, wiedzy i wizji. Ta misja będzie początkiem epoki, w której nasza odwaga i nieustępliwość kształtują nowoczesną Polskę dla nas i dla przyszłych pokoleń" będą równie słynne dla nas, co "I take this step for my country, for my people, and for the Marxist-Leninist way of life, knowing that today is but one small step on a journey that will take us all to the stars." dla fanów serialu For All Mankind? 🙂

Drugi Polak poleciał (w końcu) w kosmos... Dzisiaj, o 8:31 rakieta Falcon 9 Block 5 oderwała się od Ziemi, aby w 12 minut później wynieść najnowszy model statku Crew Dragon o oznaczeniu C213 na niska orbitę okołoziemską. Późniejszy przelot na samą stacje kosmiczną #ISS to ponad doba - dokowanie zaplanowane jest bowiem na godzinę 13:00 jutro. Członkowie misji Axiom 4 maja spędzić na orbicie 14 dni, choć podejrzewam, że jest to podobne "nie mniej niż 14 dni", co było "start odbędzie się nie wcześniej niż..." - więc mogą zabawić w tanie nieważkości dłużej...

W tworzonej obecnie powieści kosmosu jest pod dostatkiem - ale znajdują się tam również fragment o dostawaniu się na orbitę w czasach, gdzie tego rodzaju podróże są zdecydowanie powszechniejsze. Przez to również pokonywanie tego odcinka jest zdecydowanie mniej ekscytujące, niemniej jednak pozwolę sobie wrzuć tutaj fragment. Jak myślicie, jak bardzo mylę się co do tego jak to będzie wyglądało w przyszłości?

- Panie komandorze, transport już czeka. – rzucił strażnik naciskając przycisk otwierający właz.
Wenston podziękował i wkroczył do dużej, lecz prawie pustej sali. Na jej środku stał pojazd przypominający spłaszczony stożek o podstawie sześciokąta i ściętym czubku. Niegdyś ciemnogranatowa farba, teraz pokryta była licznymi rysami i mocno wypłowiała. Napis „United Nations Space Navy” był praktycznie nieczytelny, jedynie oznaczenia uchwytów bezpieczeństwa zdawały się być regularnie konserwowane i odcinały się swoimi żółto-czerwonymi barwami.
Przez środek pojazdu przechodziła gruba na około pół metra lina, ciągnąca się do otwieranego sklepienia pomieszczenia, a później dalej, trzydzieści sześć tysięcy kilometrów w górę, aż na orbitę geostacjonarną.
Winda miała już swoje lata. Ta konkretna konstrukcja obecnie wykorzystywana była wyłącznie przez wojsko. W czasach swojej świetności stanowiła podstawowy transport na orbitę zarówno przedstawicieli sektorów siłowych, jak i naukowców oraz turystów. Znajdująca się na przeciwnym końcu zwężającej się w dół liny stacja kosmiczna Pacific Gate była niegdyś pierwszym przystankiem, zarówno dla podróżujących do hoteli orbitalnych, osiedli księżycowych oraz dalej, na Marsa, do kopalni znajdujących się w głównym pasie asteroid czy nawet w odległym o średnio 6 miliardów kilometrów pasie Kuipera.
Szybki postęp technologiczny spowodował, że mechanizm działania stacji, a przede wszystkim jej przepustowość, ograniczona przez pojedyncze kabiny transportowe, kursujące w górę lub w dół jedna za drugą, ale nie mogące się minąć po drodze, umniejszył rolę tej konstrukcji. Również umiejscowienie windy, w czasach jej tworzenia podyktowane koniecznością minimalizacji naprężeń liny nośnej, obecnie było zdecydowanie mniej atrakcyjne względem konstrukcji znajdujących się na stałych lądach Ameryki Północnej czy Europy. W efekcie dryfująca po Oceanie Spokojnym platforma, jak i znajdująca się nad nią, coraz mniej popularna wśród cywili stacja kosmiczna przeszła całkowicie pod jurysdykcję Marynarki Gwiezdnej Federacji Narodów Zjednoczonych, a dbanie o wizerunek czy wygodę podróży w przypadku wojska nie stanowiły priorytetu.
Komandor pewnym krokiem pomaszerował w stronę kabiny pojazdu. Wielokrotnie zastanawiał się, dlaczego urządzenie to zostało nazwane windą. Przypominało ono raczej kolejkę linową, podobną do tej, jaką jeszcze można było spotkać w europejskich Alpach w charakterze zabytkowej atrakcji turystycznej. Wiedział, że wczesne koncepcje tej konstrukcji powstawały już na początku dwudziestego wieku, jednak nawet pierwsze opracowanie z 1960 roku mówiło zarówno o kablu spuszczonym z orbity, jak i podróżowaniu właśnie po nim.
Tradycyjne windy, obecnie napędzane głównie przez pole magnetyczne, istotnie niegdyś wykorzystywały liny i przeciwwagi, jednakże zawsze kursowały w sztywnych szybach. W przypadku windy kosmicznej pojazd, który miał zaraz zabrać Wenstona na orbitę, wdrapywał się tam po linie. Przypominał więc zdecydowanie bardziej wagonik wędrujący z podnóża góry aż na jej szczyt, aniżeli kabinę przewożącą pasażerów pomiędzy piętrami wieżowca.
Wenston minął, grube na kilkadziesiąt centymetrów ściany pojazdu, stanowiące ochronę pasażerów przed występującym w mijanych po drodze Pasach Van Allena promieniowaniem i znalazł się w pomieszczeniu pasażerskim. Na całej jego powierzchni, w rzędach, rozmieszczone były fotele, przypominające te montowane w klasie ekonomicznej samolotów rejsowych. Stosunkowo twarde, o plastikowym wyglądzie i pokryte czarnym materiałem mającym imitować skórę, a w rzeczywistości tak odległym od pierwowzoru jak Ziemia od najbliższej gwiazdy, nie zachęcały do zajęcia miejsca. Winda nie przewidywała jednak żadnych innych miejsc, toteż pasażerowie nie mieli specjalnego wyboru.
W pojeździe, oprócz komandora, znajdowało się jeszcze sześć innych osób. Dwóch mężczyzn, ubranych w cywilne, zgodnie z najnowszą modą zapinane aż pod szyję czarne garnitury, nawet nie zwróciło uwagi na wsiadającego, będąc pogrążonymi w cichej rozmowie. Drobna kobieta i dwóch rosłych osiłków w polowych, stalowoszarych pikselowych mundurach Marines obrzuciło wzrokiem wchodzącego, ale najwyraźniej nie zauważyli skrytych pod płaszczem dystynkcji, więc leniwie wrócili do studiowania czegoś na holoekranach swoich komunikatorów. Ostatni ze współpasażerów, ubrana w jasnoszary mundur marynarki ładna, drobna blondynka z insygniami podporucznika siedziała z głową opartą o zagłówek i przymkniętymi oczami. Na gładko wyprasowanym kołnierzyku wyraźnie odcinała się przypinka w kształcie anteny z rozchodzącymi się na wszystkie strony błyskawicami – oznaczenie korpusu komunikacyjnego. Wyglądała na nie więcej niż trzydziestkę, jednakże była w tym specyficznym typie urody, po którym nie da się nawet w dużym przybliżeniu odgadnąć wieku.
...
Drzwi z sykiem zamknęły się i szczęknął zamek. Z głośników nad ich głowami odezwał się miły, ale pozbawiony jakichkolwiek emocji, kobiecy głos generowany najprawdopodobniej przez kontrolujący kabinę komputer:
- Proszę przygotować się do podróży, zabezpieczyć wszystkie przedmioty osobiste i zapiąć pasy. Start za minutę, przewidywany czas podróży to dziesięć godzin. Dla państwa bezpieczeństwa proszę o pozostanie na miejscach i posiadanie zapiętych pasów, zwłaszcza przez pierwsze i ostatnie pięćdziesiąt minut podróży, podczas przyśpieszania i hamowania. Przyśpieszenie i hamowanie wynosić będzie cztery dziesiąte G, więc nie powinno być uciążliwe. Po osiągnięciu prędkości transferowej, która wynosić będzie trzy tysiące dziewięćset kilometrów na godzinę, będzie możliwe poruszanie się po kabinie, niemniej jednak zalecanym jest, aby podczas pozostawania na miejscach posiadać cały czas pasy zapięte na wypadek nieoczekiwanych turbulencji.
- I żadnego „miłego lotu” lub „dziękujemy, że wybrali państwo nasze linie”? – ironicznie rzucił komandor.
- Najwyraźniej uprzejmość nie została uwzględniona przy programowaniu komputerów wojskowych. - uśmiechnęła się Steyer i już miała coś dodać, jednak zrezygnowała.
Uznała, że śmieszkowanie z dowódcą, nawet byłym, ale nadal wyższym o kilka stopni nie będzie na miejscu. Odwróciła więc głowę i ponownie przymknęła oczy, mając nadzieję, że uda jej się znowu zapaść w drzemkę.
...
Po ponad dziesięciu godzinach spędzonych w niewygodnym fotelu, przerywanych jedynie w celu rozprostowania kości oraz pobrania przysługującego mu posiłku z szafki w ścianie, Wenstona bolały chyba wszystkie mięśnie. Czuł ucisk w żołądku – wątpliwej jakości, chemicznie podgrzewana wołowina z ryżem i sosem, wyglądającym, jakby został on już wcześniej przetrawiony, bulgotała nieprzyjemnie w trzewiach. Zjedzony jeszcze w strefie grawitacji ziemskiej posiłek teraz, w pełnej nieważkości, najwyraźniej chciał skorzystać z nowego stanu i wybrać się na wolność – dowolną dostępną drogą. Występujące podczas hamowania ujemne przeciążenia nigdy nie wpływały dobrze na trawienie.
Wenston nie pierwszy raz podróżował wojskowa windą i z reguły jego porcja pozostawała nietknięta w oznaczonej numerem jego miejsce przegródce, prawdopodobnie czekając na innego desperata. Tym razem nie miał jednak nic w ustach praktycznie od momentu, gdy wsiadł na suborbitalny prom transportowy w Londynie. A było to już niespełna półtorej doby temu, toteż po szesnastu godzinach jedynie na wodzie i dwóch energetycznych batonikach, które wygrzebał z przepastnych kieszeni płaszcza, a które nie pamiętał, kiedy tam umieścił, był gotowy na poświęcenie, jakim było skonsumowanie posiłku na pokładzie windy. Teraz tego żałował.
Ostatnie lekkie szarpnięcie oznaczało zatrzymanie się kapsuły w centralnej części, zbudowanej na planie okręgu stacji Pacific Gate. Przystanek końcowy windy połączony był z umieszczonymi na obwodzie stacji modułami użytkowymi ośmioma czterokilometrowymi, tym razem już bardziej zasługującymi na swoją nazwę windami. Podróżujący nimi pasażerowi stali zwróceni głowami na zewnątrz okręgu, co powodowało, że w miarę wjeżdżania w górę, ciążenie wzrastało, aby na obwodzie jednostajnie obracającej się konstrukcji uzyskać osiemdziesiąt procent grawitacji ziemskiej.
W centrum stacji panowała nieważkość, stąd wszyscy pasażerowie, zaraz po odpięciu pasów bezpieczeństwa, zaczęli bardziej lub mniej kontrolowanie lewitować, starając się przemieścić do jednej ze znajdujących się na zewnątrz kabin.
Najgorzej radzili sobie mężczyźni w garniturach. Od razu widać było, że jest to jedna z pierwszych, jeśli w ogóle nie dziewicza ich przygoda w stanie zerowego ciążenia. Jeden z nich dość mocno odepchnął się od fotela i chciał, niczym jakiś superbohater, przelecieć przez cały przedział pasażerski, idealnie trafiając w wyjście. Wenston z rozbawieniem zauważył, że mężczyzna nawet wyciągnął przed siebie jedną z rąk imitując lot Supermena ze starych filmów, jednocześnie rechocząc głośno do swojego towarzysza. Co później zamierzał zrobić, a w szczególności jak zmienić swoją trajektorię tak, aby nie wyrżnąć z pełną siłą w ścianę, niestety nie zaplanował. Podobnie zresztą, jak nie wziął pod uwagę, że przyłożenie nawet niewiele większej siły tylko z jednej strony wprawi jego ciało w ruch wirowy, którego, niezależnie jak intensywnie będzie machać rękami, nie skontroluje.
Szeroki, odsłaniający idealne, białe zęby uśmiech jego współpasażera zamarł w chwili, gdy jego właściciel zrozumiał kłopoty kolegi. Spróbował mu pomóc, łapiąc jedną z nóg. Efekt był opłakany. Tym razem to on zderzył się z brutalnymi prawami fizyki. Nie wziął pod uwagę, że niedoszły nadczłowiek był potężnej postury i znacznej masy, w odróżnieniu od jego towarzysza. W związku z tym właściciel białego uśmiechu, zamiast zatrzymać ruch wirowy, jedynie nieznacznie go spowolnił, kosztem wyrzucenia samego siebie z fotela.
W efekcie obydwu unosiło się bezradnie w powietrzu, obracając się i bezskutecznie próbując odzyskać kontrolę nad swoimi bezwładnymi ciałami.
Wenstonowi przeszedł przez głowę pomysł, aby pomóc cywilom, dwaj Marines byli jednak szybsi. Zwinnie wybili się ze swoich siedzeń i korzystając z umieszczonych na suficie żółtych uchwytów sprawnie przemieścili się w stronę przerażonych cywili, po czym sprowadzili ich z powrotem na podłogę. Cały czas podtrzymując za przedramiona mężczyzn, żołnierze aktywowali magnetyczne podeszwy wojskowych butów, które natychmiast przylgnęły do podłoża.
- Dzię… dziękuję. – wydukał superbohater.
Patrzył z nieskrywaną zazdrością zarówno na Marines, jak i na komandora i panią porucznik, którzy, dzięki specjalnemu obuwiu, niemal normalnie mogli zebrać swoje bagaże i wolnym, wyglądającym na flegmatyczny krokiem podążyć do wyjścia.
Trzymający cywila pod ramię Marine skinął tylko ogoloną głową i z obojętnym wyrazem twarzy pociągnął mężczyznę do wyjścia.
- Która winda? – gdy przechodzili przez próg transportowca bezceremonialnie zapytał żołnierz.
- Numer cztery poproszę.
Marine bez słowa potwierdził i spojrzał ponad ciągniętym za sobą mężczyzną na swojego towarzysza. Drugi, krępej budowy żołnierz o ciemnej jak mocna kawa skórze holował za sobą, zawieszonego w powietrzu z nogami nieco wyżej niż głowa drugiego z mężczyzn. Filigranowo wyglądająca przy kolegach kobieta, o dość wyraźne zarysowanej pod mundurem muskulaturze, szła za nimi z drwiącym uśmiechem błąkających się po śniadej twarzy.
Autor wpisu

O AUTORZE

Autor thrillerów z elementami science-fiction oraz powieści z nurtu military hard SF. Na blogu analizuje punkty styku technologii, współczesnej obronności i warsztatu literackiego, stawiając na realizm operacyjny i logikę w każdym aspekcie twórczości.