196 530 słów. 781 stron. I jedno zdanie, na które czekałem prawie cztery lata:
SKOŃCZYŁEM!
Jakiś czas temu pisałem Wam, że nowa powieść jest „w toku". Robiłem przy okazji trochę statystyk - te 159 słów dziennie wspomniane w poście z początku 2025 roku. Dziś mogę wreszcie dopisać ciąg dalszy tamtej historii: finalna redakcja autorska za mną, a komputeropis trafił do (wreszcie?) wydawnictwa.
A skoro lubię liczby (tak, doświadczycie tego, mam nadzieję że nie zanadto, w nowej powieści), należy się aktualizacja. Finalnie uzbierało się:
- 781 stron
- 196 530 słów
- 1 422 469 znaków
Od pierwszego zrzutu ekranu z ledwie 24 stronami minęło jakieś 1 370 dni - prawie 3 lata i 9 miesięcy. Po podzieleniu wychodzi średnio 143 słowa dziennie (mniej-więcej).
Mało? Na pierwszy rzut oka pewnie tak - ale ta liczba nie widzi tego, co wylądowało w koszu, ani setek godzin researchu, przebudowanych od zera akapitów i wątków, które trzeba było policzyć, sprawdzić a czasem nawet bezlitośnie wyciąć.
Żeby dać jakieś wyobrażenie skali: gdyby każde z tych słów było kilometrem, tekst okrążyłby Ziemię prawie pięć razy. Albo znalazłby się niemal dokładnie w połowie drogi na Księżyc.
Jeśli natomiast każdy znak byłby równy 1km, to powieść zawędrowałaby prawie do punktu L2, gdzie krąży Kosmiczny Teleskop Jamesa Weba.
W tym świecie liczy się wszystko: prędkości względne, przyśpieszenia, przeciążenia, trajektorie, plany pokładów czy czasy przelotów. I tu robi się zabawnie, jeśli przyłożyć fikcję do zegarka pisania.
Trzymajcie się mocno:
- Trasą brachistochroniczną, przy stałym przyspieszeniu, a później opóźnieniu 1G, moi bohaterowie potrzebują na pokonanie dystansu Ziemia–Mars (jakieś 80 milionów kilometrów w koniunkcji) około 3 dób. Przez czas, który zajęło mi opisanie takiej przeprawy, zdążyliby przelecieć tę trasę ponad 450 razy w jedną stronę - albo jakieś 225 razy tam i z powrotem.
- Najdłuższa podróż w książce - ponadmiesięczny lot na skraj Układu, w rejony Pasa Kuipera (około 38 AU, blisko 5,7 miliarda kilometrów), zajmuje nieco ponad miesiąc. Napisanie o niej zajęło mi jakieś 45 razy dłużej niż sama podróż.
- Wiadomość radiowa z Ziemi na Marsa potrzebuje jakieś 4 do 5 minut. Zdarzało mi się gapić na jedno zdanie dłużej, niż ta wiadomość leciała do celu.
Innymi słowy: moi bohaterowie przemierzają pół Układu Słonecznego szybciej, niż ja przemierzałem własną klawiaturę.
Mimo wszystko jestem przekonany, że było warto. Na tytułowym okręcie stłoczyła się ponad setka nazwanych bohaterów i sporo spraw, o których jeszcze nie mogę Wam powiedzieć (tytułu też na razie nie zdradzę — cierpliwości).
Teraz piłeczka jest po stronie wydawnictwa — i to szczególnego. Komputeropis trafił do Wydawnictwa Starship i w ręce jego redaktora naczelnego, Marcina Przybyłka (niejednokrotnie tytułowanego Admirałem). Marynarska, mocno „militarna" powieść ląduje więc na biurku Admirała przewodzącego wydawnictwu o marynarskiej nazwie. Trudno chyba o lepiej dobrany port docelowy.